sobota, 16 stycznia 2016

Człowiek z Wysokiego Zamku

Historia alternatywna, w której punktem zwrotnym jest zamach na Roosvelta, w świecie powieści – udany. To pociąga za sobą słabość gospodarczą i militarną Stanów Zjednoczonych a w konsekwencji – ich poślednią rolę w przebiegu Drugiej Wojny Światowej, zakończonej ostatecznie zwycięstwem państw Osi, które następnie podzielą między siebie po równo wpływy na całym świecie.


Akcja rozgrywa się w Ameryce Północnej. Stany Zjednoczone już nie istnieją, część zachodnia rządzona jest przez Japończyków, część wschodnia – przez Niemców. Jest to rzeczywistość nieco wykoślawiona, można by powiedzieć – deliryczna wizja pisarza-mistyka, jakim niewątpliwie był Philip K. Dick. Po ulicach San Francisco jeżdżą riksze w roli taksówek, przybysze z Kraju Kwitnącej Wiśni szaleją za amerykańskimi antykami sprzed wojny, nawet takimi zupełnie trywialnymi, jak dziecięcy zegarek z Myszką Miki. 

Zhierarchizowane społeczeństwo części Japońskiej oparte na konwenansach i społecznych maskach może wydawać się nieznośne, jednak to idylla w porównaniu z grozą rozbuchanego dziedzictwa Trzeciej Rzeszy. Mimo że Hitler już nie żyje, to jego spadkobiercy kontynuują szaleństwo walki o Lebensraum i czystość ariańskiej rasy. Wysuszyć Morze Śródziemne by zamienić je w pola uprawne? Jasne. Zrównać z ziemią całą Afrykę? Czemu nie. (O Żydach nie wspominam, bo to oczywiste – jeśli jeszcze jacyś żyją, to pod przybranymi nazwiskami i po operacjach plastycznych). Tak sobie poczynają zwycięzcy, i jest to doprawdy apokaliptyczna wizja. Do tego dołóżmy postępującą kolonizację kosmosu, która – jak zauważa w swojej świetnej przedmowie Marek Parowski – oddaje klimat zimnowojennego wyścigu technologicznego z czasów, kiedy książka powstawała.

Wykreowany świat jest już ciekawy sam w sobie, jednak znajdują się tu jeszcze dwa niezwykłe wątki. Księga przepowiedni, której raz za razem radzą się bohaterowie, i która zdaje się dawać im sensowne odpowiedzi. Czy nie jest to aby jednak poszukiwanie metafizycznego sensu w piekle na ziemi, kiedy nie pozostało już nic innego, niż rozpaczliwa wiara w jakąś nadrzędną siłę? Siłę z konieczności bezosobową i obojętną, bo tylko na taką religię jest jeszcze w stanie zdobyć się człowiek. Losowe odczytywanie wersetów i przepowiedni z wiekowej książki, innymi słowy: horoskop.

No i jest jeszcze książka w książce, jak teatr w teatrze – „Utyje Szarańcza” (tytuł za fragmentem Księgi Koheleta) – historia alternatywna w historii alternatywnej, dokładniej mówiąc, analogia, lustrzane odbicie „Człowieka z Wysokiego Zamku” w jego świecie – powieść, w której wojnę wygrali alianci. Ustami jednej ze swoich postaci, rozmyślającej na temat tej właśnie książki, mówi nam pisarz chyba o swoim dziele.
„O szóstej piętnaście wieczorem skończyła książkę. Ciekawe, czy Joe doczytał ją do końca – zastanawiała się. Jest w niej znacznie więcej niż on zrozumiał. Co ten Abendsen chciał właściwie powiedzieć. Nie chodziło mu o jego wymyślony świat”. 
No właśnie co, chciałoby się powiedzieć za Beckettem. Ludzie zmuszeni żyć w świecie pozorów i społecznych struktur zachowań, precyzyjnie określających co komu wolno a czego nie. Narzucone z góry role, niezachwiany porządek, ale arbitralny przecież. Zwycięzcy teoretycznie rządzą, pokonani muszą się podporządkować, jednak czy militarne zwycięstwo pociąga za sobą zwycięstwo kultury i myśli, moralności? A co jeśli moralność to społeczny konstrukt – wtedy takie pytania przestają mieć znaczenie. Niezrozumiałe tryby historii miażdżące pojedyncze jednostki, które wciąż muszą dniem za dniem jakoś znosić niezrozumiałe wyroki losu. I wiele więcej. 

To nie jest literatura science fiction, to studium duszy.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya

Często podziwiamy dzieła znanych malarzy, zachwycamy się kreską, barwą, nastrojem, potrafimy przyporządkować style do okresów twórczości, wyodrębnić ulubione tematy, a jednocześnie nie wiemy nic o ich życiu – kim byli, jacy byli, jaki mieli charakter. To dla mnie typowa przypadłość, niedotycząca zresztą tylko malarzy, ale i innych twórców kultury, czy szerzej: postaci historycznych. Weźmy takiego Francisco Goyę; każdy słyszał, zna się parę dzieł, być może serię Czarnych Obrazów, która wydaje się dziwnie kontrastować z resztą klasycznego dorobku, ale przecież i Kaprysy ujawniające w tym twórcy coś więcej niż schlebianie dworskim gustom. Tę rozpiętość zainteresowań artysty zrozumiemy po lekturze „Saturna” Jacka Dehnela. I nigdy już nie spojrzymy na dzieła Hiszpana tak jak wcześniej.


Albowiem na kartach powieści staje się on postacią wielce odpychającą: przekonanym o swojej wielkości rozwiązłym starcem, unieszczęśliwiającym rodzinę, mającym w pogardzie własnego syna, żyjącym w blasku sławy sybarytą. Syn zresztą – Javier – nie pozostaje mu dłużny i odwdzięcza się pogardą równie silną, nazywając go co raz „głuszcem” (gdyż Francisco na starość stracił słuch) czy „capem” – a to tylko te najdelikatniejsze określenia.

Wątek walki młodości ze starością, melancholijnej wrażliwości z brutalną męską siłą jest poprowadzony poprzez naprzemienne oddawanie głosu raz ojcu, raz synowi. Poznajemy kolejne wydarzenia z dwóch zupełnie odmiennych perspektyw. Francisco pławi się w samouwielbieniu i narzeka na marność jedynego potomka, który z kolei brodzi w sadzawce nienawiści, wyobrażając sobie ze szczegółami scenę ojcobójstwa, marząc o uwolnieniu się spod rodzicielskiej władzy. Ale czy ta władza, ten przytłaczający wpływ są prawdziwe, czy rozgrywają się tylko w jego głowie? Wszak przewidywane poczucie wolności nie nadchodzi nawet gdy ojciec wyjedzie za Pireneje – zamieszkać w Bordeaux. 

Splot narracyjny zyskuje na misterności, gdy w pewnym momencie dołącza doń trzeci głos, należący do Mariana, syna Javiera. Obserwujemy zatem trzy pokolenia Goyów: ojca, syna i wnuka – dziadka, ojca i syna – zależy jak patrzeć. Bo otóż na koniec orientujemy się, że trafiliśmy w nierozerwalny cykl rodzinnej klątwy. Tak jak na początku Javier złorzeczył swojemu ojcu Francisco, tak u kresu drogi jego własny syn Mariano będzie podobnie odnosił się do Javiera, stając się w pewnym sensie spadkobiercą rodzinnej kondycji, zrzucając ją jeden wierzchołek drzewa genealogicznego niżej, każąc nam ponuro przewidywać, że tak samo będzie się to potem toczyć przez wieki.

Ta rodzinna tragedia – bo chyba tak można ją nazwać, mimo sugerowanej (rzekłbym, że słusznie) na okładce powszechności – rozgrywa się na tle malarskich wyczynów i historycznych faktów z życia Francisco Goi. Autor postanowił odziać w fabularyzowaną opowieść nowo ukute – acz bardzo przekonujące – teorie, przypisujące autorstwo Czarnych Obrazów synowi malarza – Javierowi. Owe mroczne dzieła odgrywają w powieści dużą rolę, jako że pozwalają one swojemu twórcy ostatecznie uwolnić się spod władzy ojca i przemówić własnym głosem. Kolejne rozdziały książki przedzielone są krótkimi ekfrazami kolejnych malowideł z serii, co stanowi ciekawy zabieg, gdyż początkowo nie wiemy, czy przybliża je nam autor, czy może któraś z postaci.

Historia ożywa na naszych oczach. Uraczeni jesteśmy opowieścią opartą na faktach, jednak granicę konwencjonalnej powieści historycznej udaje się przekroczyć przez zastosowanie nietypowej formy trójgłosu bohaterów, pozwalającej pokazać konflikt apodyktycznego ojca i zahukanego syna, wiecznie żyjącego w jego cieniu. Ten zupełnie osobny wątek jest drugim wielkim tematem książki – równie ważnym, jeśli nie ważniejszym niż historyczna dekonstrukcja – czyniącym z niej prawdziwie artystyczne osiągnięcie.

piątek, 1 stycznia 2016

The Everlasting Man

„Człowiek wiekuisty” – bo tak zwykłem tę książkę nazywać, mimo że polskie wydanie zatytułowane jest „Wiekuisty człowiek” – to historia świata i człowieka przedstawiona w świetle wiary chrześcijańskiej. G. K. Chesterton kreśli przekonujący obraz dziejów, w którym punktem zwrotnym jest przyjście na świat Boga w postaci Chrystusa – wydarzenie bezprecedensowe i inne, niż wszystko co moglibyśmy przewidzieć, lub co mogłoby w sposób organiczny wyewoluować z dotychczasowych wierzeń.


Ewolucja to w ogóle istotny temat tych rozważań, gdyż tak samo jak powstanie chrześcijaństwa jest czymś niewytłumaczalnym bez boskiej interwencji, tak i powstanie człowieka wydaje się autorowi niemożliwe na drodze selekcji naturalnej, jaką znano na początku XX wieku. Dzisiaj powszechnie uważa się, że teoria ewolucji wyjaśnia wszystko, mimo to wywody Chestertona nie tracą na aktualności. Wszak nie można zaprzeczyć, że człowiek jako gatunek jest wyjątkowy. Tę wyjątkowość dla Chestertona najpełniej ujmuje sztuka: „Art is the signature of man”.

Dużo tu gawędziarstwa. Nie jest to w żadnym wypadku rozprawa naukowa. Przyjęta konwencja polega często na spieraniu się z tezami współczesnych mu myślicieli czy badaczy i pokonywaniu ich za pomocą zdrowego rozsądku. Zdrowy rozsądek to w ogóle ulubiona broń Chestertona, paraduje on z nią i podkreśla jej walory na każdym kroku, czyniąc z niej wręcz swoją religię.
„For it was the soul of Christendom that came forth from the incredible Christ; and the soul of it was common sense”.
Czasem irytuje barokowy styl i zbytnie umiłowanie do paradoksu jako figury literackiej, ale taki był najwyraźniej charakter i sposób bycia autora. Czytając, można niemal usłyszeć jego głos i wyobrazić go sobie, ogromnego, zapadniętego w fotel z fajką w ustach – gawędzącego, snującego opowieść. Wybaczam mu  okazjonalny przerost formy nad treścią, gdyż opowieść jaką nas raczy jest zaiste piękna.

Wieść gminna niesie – ale to lekkie uproszczenie – że niejaki C. S. Lewis nawrócił się po lekturze „Człowieka wiekuistego”. Czy może być lepsza rekomendacja? Jestem przekonany, że i dzisiaj książka może oddziaływać równie potężnie. Warto – trzeba! – przeczytać.

wtorek, 22 grudnia 2015

God Hates Poland


Druga po „Jetlagu” powieść inżyniera memetycznego Michała Radomiła Wiśniewskiego to kolejna dawka smutnych opowieści o perypetiach polskiej klasy średniej. Na książkę składają się trzy główne wątki przeplatane – tak jak poprzednio – miniaturowymi portretami postaci pobocznych. Znów owe miniatury wychodzą autorowi najciekawiej, ale główny nurt, mimo że dotyczy w większości pijackich ekscesów czy bezsensownego spędzania wczasów w czterogwiazdkowym hotelu allinclusive, również – dzięki mistrzostwu językowemu autora i jego zdolności pisania autentycznych dialogów – czyta się jednym tchem.


Ktoś kiedyś powiedział, że poezja jest ważna,  bo ujmuje ducha epoki. Widocznie zatem poezji już nie potrzebujemy, gdyż to samo robi ta powieść. Mamy tutaj nie tylko celny opis codzienności, ale też wiele innych tematów będących obecnie na czasie: sztuczna inteligencja, sztuka przegrywająca z marketingiem, sprzedawanie prywatności swojej i cudzej, drony, uchodźcy, portale społecznościowe – i tak dalej, i tak dalej. To wszystko napisane żywym, autentycznym językiem, z nawiązaniami do najbardziej zakorzenionych nad Wisłą dzieł popkultury. Bardzo dużo się tu dzieje: zaczyna się jak tradycyjna powieść obyczajowa, by w pewnym momencie przemienić się w twarde science-fiction i na koniec wprowadzić wątki symboliczne.

Autor do końcowych podziękowań włącza tych, którzy „jeszcze wierzą, że literatura może zbawić świat”. Na kartach powieści spotykamy dziewczynę, która po życiu spędzonym na uważnym czytaniu książek ową wiarę bezpowrotnie utraci. Zastanawiać się będzie, czy szczęście, które do tej pory znajdowała w lekturze, było w ogóle prawdziwe; czy to nie jakiś konstrukt, który chciała wykreować by poczuć się lepszą i móc szpanować na portalach społecznościowych. Inny z bohaterów rejteruje w świat wyobraźni, rozczytując się w swoich ulubionych powieściach fantastycznych i prowadząc – jak sam uważa – coś w rodzaju slow life. Marzy o przygodzie niczym z „Wiedźmina”, tylko że życie to nie literatura i już na zawsze pozostanie mu tylko wędrowanie na trasie dom-praca-dom bez szans na odmianę losu.

Zarówno „Jetlag” jak i „God Hates Poland” to bardzo przygnębiające książki, ale można dostrzec w nich nadzieję i wiarę w to, że jeszcze nie wszystko stracone.  Jedna z głównych bohaterek pod wpływem przeczytanej powieści zrozumie jak puste jest życie wypełnione cytowaniem mądrości rodem z demotywatorów i w konsekwencji „przekazywaniem chujowych wzorów i memów”. Literatura nie zbawi świata, gdyż nawet w opowieści dzielne wojowniczki giną, przegrywając, ale może nam uświadomić, że warto o ten świat samemu zawalczyć i że warto poszukiwać czegoś więcej. 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Silmarillion

„Silmarillion” J.R.R. Tolkiena od zawsze leżał na bibliotecznej półce w moim rodzinnym domu, jednak nigdy nie dane było mi przebrnąć przez więcej niż kilka czy kilkanaście stron – być może z powodu niezbyt imponującej prezencji PRL-owskiego wydania. Wydawnictwo Czytelnik postanowiło je w 1985 roku „upiększyć” ilustracjami litewskiego artysty Stasysa Eidrigevičiusa, nijak niepasującymi do treści dzieła. Bo cóż tam robią, wyglądające jak wyrzeźbione z drewna, ludziki z bulwiastymi głowami, odziane w czarne szaty i owinięte pasami białego materiału, który też czasem wyłazi im z oczu niczym łzy? Nie sposób tym surrealistycznym wizjom odmówić uroku, ale też – zupełnego nieprzystawania. Tak samo zresztą okładce przedstawiającej jakiegoś  znów ni to wystruganego, ni to wprost ze snów wyjętego  dwuwymiarowego ptaka dziobiącego trójwymiarowe jajo. 


Wydanie Czytelnika z 1985 roku. Właściwie to ten ludek w pewnym stopniu pasuje...

Ten zabytek siermiężnej sztuki wydawniczej z pewnością emanuje swoistym czarem. Traktując go jednak tylko jako ciekawostkę nieprzeznaczoną do czytania, zaopatrzyłem się (nie bez problemów, wszak nakład już dawno wyczerpany) w zamian w cieszący oko wolumin wydawnictwa Amber, zdobiony monumentalnymi, chociaż – trzeba przyznać – niczym szczególnym niezaskakującymi, malowidłami Teda Nasmitha i przestrzegający wszelkich prawideł edytorskiej sztuki, to znaczy zachowujący wszystkie znaki diakrytyczne, których w nazwach własnych dostatek, a które polskie wydania przeszłe zarzucały. Tak uzbrojony byłem gotów, by kolejny raz podjąć próbę podejścia do tego niezwykłego dzieła.

Początek zachwycił pięknym opisem stworzenia – zakotwiczonym wyraźnie w tradycji biblijnej  z Eru Ilúvatarem i jego zastępem Ainurów wyśpiewującym muzykę sfer, i Melkorem (zwanym później Morgothem), którego pycha i rządza władzy popycha do buntu, kładąc tym samym zaczyn pod wszelkie przyszłe zło. I pod całą opowieść, gdyż Silmarillion toczy się wokół wojny Melkora z tymi, którzy nie dali się zwieść jego niecnym podszeptom, a gdy Morgoth zostanie pokonany – z jego najpotężniejszym sługą, Sauronem. Kojąca to wizja świata, w którym osobowe zło może i jest potężne, ale przynajmniej można je zidentyfikować i ostatecznie pokonać. Jednak ta identyfikacja nie przychodzi łatwo, bo Morgoth to istny mistrz kuszącego sofizmatu – łatwo jest nam, czytelnikom, ale bynajmniej nie istotom zamieszkującym Ardę. 

Po kosmogonii następuje czas na dzieło właściwe. Quenta Silmarillion to dzieje wojen z Morgothem prowadzonych przez elfy i inne istoty przebywające w Beleriandzie. Melkor wiedziony czystym pragnieniem czynienia zła próbuje zniszczyć cały świat i objąć go w swoje władanie, a szlachetne elfy robią wszystko by do tego nie dopuścić. Gdzieś w tle jest jeszcze kwestia Silmarilów – klejnotów zawierających w sobie obrócone już wniwecz światło drzew Valinoru, ostatnią pamiątkę po stanie wiecznej szczęśliwości – i przysięgi, jaką złożył ich twórca i jego synowie: że nie spoczną póki ich nie odzyskają – a skradł je Morgoth. 

Brzmi jak banał? Tylko że nie jest. Elfy okazują się wcale nie aż takie szlachetne: te związane przysięgą popełniają wiele niecnych czynów, byle tylko położyć swoje ręce na Silmarilach, ale i reszcie zdarzają się zachowania moralnie wątpliwe, czy to wynikające z dumy, czy z lekkomyślności. Nie mówiąc już o złu inspirowanym przez Melkora. Mimo wszystko jednak w ogólnym porządku rzeczy jest to rasa zachwycająca i godna podziwu. Każdy z nas chciałby być elfem, zwłaszcza że są one nieśmiertelne. 

Ta nieśmiertelność kontrastuje z losem ludzi, których pośmiertny los jest nieznany dla nikogo poza samym Eru. Wydawałoby się to wielką niesprawiedliwością, gdyby nie to, że dzięki takiemu przeznaczeniu mają większą motywację by zrobić coś ważnego i zapisać się w pieśniach; nigdy też nie tracą woli i chęci istnienia. Elfy natomiast po czasie stają się znużone światem i odpływają na zachód do Valinoru, by tam zniknąć na zawsze z kart opowieści. Co z kolei dzieje się z ludźmi gdy skończy się ich żywot  nie wiemy, ale przecież można domniemywać, że Ilúvatar odpowiednio o nich zadbał. Morgoth zasiewa jednak w wielu ludziach ziarno niepokoju, każące im obawiać się tego co po drugiej stronie i marzyć o nieśmiertelności; to stanie się powodem zguby Númenoru  najwspanialszego z człowieczych królestw, wyraźnie inspirowanego legendą o Atlantydzie.

Tolkien zamierzył sobie stworzyć od podstaw zbiór legend i mitów pasujących atmosferą do angielskiej ziemi. „Silmarillion” i cała reszta opowieści, spisywanych przez całe życie autora, a zebranych pośmiertnie przez jego syna, jest realizacją tego zamysłu, być może nader ambitnego, określonego nawet przezeń w liście do swojego przyjaciela Miltona Waldmana  absurdalnym. A zatem jest to tekst całkiem różny od „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita”, o odmiennej skali: opisuje tysiące lat, od samego stworzenia świata, aż do wydarzeń znanych z tamtych dwóch książek. 

Siłą rzeczy więc narracja bywa skrótowa; wiele doniosłych wydarzeń kwitowanych jest jednym czy dwoma zdaniami. Dialogów tu nie uświadczymy, bardzo rzadko tylko zdarzy się jakiś monolog, wygłoszony mocno archaizowanym stylem. Nie znaczy to bynajmniej, że warstwa językowa jest drętwa: w wielu fragmentach można z przyjemnością się rozczytywać, chłonąc słowa i podziwiając kunszt autora. Znajdziemy tutaj nawet jeden urzekający wiersz – błyskotliwą metaforę pojedynku dwóch potężnych adwersarzy.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy kwestii stylu. Sama narracja stylizowana jest wyraźnie, ale dość oszczędnie (ot, tu i tam jakieś dawne słowo czy niedzisiejsza konstrukcja gramatyczna), natomiast sposób wypowiadania się postaci daje nam jasno do zrozumienia, że słuchamy o sprawach wielkiej wagi i że rzecz dzieje się w czasach pradawnych. Niestety zatraciła się ta właściwość tekstu w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej. Nie można odmówić mu poprawności i kunsztu warsztatowego, jednak wydaje się zbyt suche i zbyt ostrożne. Po lekturze tłumaczenia postanowiłem sięgnąć po oryginał i czytało mi się go zdecydowanie lepiej: nie wiem jednak czy dlatego, że już wiedziałem o co chodzi i na co zwracać uwagę, by później się nie pogubić (podpowiedź: na wszystko), czy że oryginalny język był zdecydowanie bardziej angażujący. A może na czytniku czyta się wygodniej niż z dużego woluminu. Możliwe że wszystkie te czynniki po trochu lub jakaś ich kombinacja.

W oryginale czyta się lepiej
Wymaga ta lektura zaprzężenia do pracy naszego największego daru: wyobraźni. Gdy się to uda, czekają na nas monumentalne obrazy bitew, heroicznych czynów, wydarzeń zmieniających fundamenty świata. Ale też opowieści bardziej kameralne: o miłości, przyjaźni, szaleństwie, rozpaczy i poświęceniu. Fabuła w wielu miejscach bywa zaskakująca. Bardzo często pierwszoplanowi (do czasu) bohaterowie giną w bitwach lub innych podobnych okolicznościach. Nie ma tutaj postaci, takich jak Frodo czy Bilbo, o których wiadomo, że dotrwają do końca i że nic złego nie może im się stać. Okazuje się, że już dawno przed George'em Martinem powstało fantasy, w którym śmierć ważnych protagonistów to naturalna kolej rzeczy. 

Zła nie można tutaj lekceważyć, co czyni lekturę bardzo emocjonującą. Nieprzyjaciel jest potężny i obraca wszystko w ruinę. To w gruncie rzeczy opowieść o przemijaniu. Nie będzie szczęśliwego zakończenia, chyba że za takie można uznać odejście znużonych elfów i nastanie ery człowieka – słabego, śmiertelnego i niepamiętającego nawet wspaniałości dni minionych, nie mówiąc już o dorównaniu im.

Dopiero teraz dotarła do mnie pełnia piękna całego dzieła Tolkiena i zrozumiałem, dlaczego autor to właśnie „Silmarillion” uważał za swoje najważniejsze osiągnięcie. Jak często zdarza się pisarz tworzący w najdrobniejszych szczegółach świat od jego zarania przez tysiące lat historii, umieszczający w nim kilka wymyślonych przez siebie, filologicznie opracowanych języków? Opowiadający w nim, twórczo przetwarzając, na nowo motywy obecne w naszej kulturze od samego początku. Doprawdy, chciałoby traktować się to jak pełnoprawną mitologię, na równi z grecką, rzymską, skandynawską, słowiańską czy jakąkolwiek inną, czerpać z niej inspirację i mieć zawsze w pamięci, żałując jedynie że nie jest prawdziwa. 

A może  jak każda dobra opowieść  jest?

niedziela, 22 listopada 2015

Mężczyźni bez kobiet

Najnowsza książka Harukiego Murakamiego to siedem opowiadań, które łączy wspólny motyw: związki mężczyzn z kobietami. Zaskakujące jest, że tytułowe opowiadanie całego zbiorku wypada najsłabiej. Dobrze podsumowuje je umieszczony na okładce cytat: „Ciemne i gęste cienie marynarzy rozsypują dokoła ostre pinezki metafor”. Efekciarskie operowanie słowem, z którego niewiele wynika.


Najciekawszym tekstem jest „Zakochany Samsa”, parafraza Kafkowskiej „Przemiany”. W oryginale bohater Gregor Samsa budzi się pewnego dnia zamieniony w przerażającego karaluchopodobnego insekta. U Murakamiego sytuacja jest odwrotna: ktoś – lub coś – budzi się, by stwierdzić że jest – Gregorem Samsą właśnie. Protagonista nie pamięta poprzedniego życia, jednak można domyślać się, że to sam Gregor, po miesiącach (albo i latach) życia w postaci robaczej, całkowicie przemieniony, również psychicznie, opuszczony przez rodzinę, zamknięty w odosobnionym pokoju, powraca do własnego ciała. Podczas gdy w oryginale uczył się powoli operowania wieloma czułkami i odnóżami, tak tutaj dziwaczne wydaje mu się chodzenie na dwóch nogach czy operowanie dziesięcioma palcami, z których każdy ma wiele stawów. Ów proces oswajania nowej sytuacji jest opisany równie przekonująco – i podobnymi środkami – jak u Kafki, tworząc literacki negatyw tamtego tekstu.

Innym wartym wzmianki opowiadaniem jest „Kino”, gdzie do rzeczywistości wdzierają się elementy nadprzyrodzone, a wszystko po to by metaforycznie opowiedzieć o tym, jak niebezpieczne jest tłamszenie w sobie emocji i uczuć. Takie mieszanie światów stało się wśród większości czytelników znakiem rozpoznawczym autora. Mimo że ja sam wolę raczej Murakamiego realistycznego (ewentualnie bardzo subtelnie, niemal niezauważalnie balansującego na granicy, jak w „Bezbarwnym Tsukuru Tazakim...”), to ten tekst zrobił na mnie duże wrażenie – cieszę się, że nie czytałem go w nocy, tak sugestywną atmosferę dziwności i niepokoju udało się autorowi w nim wykreować.

Poza tematem, wszystkie teksty łączy warsztatowa sprawność. Czyta się je lekko, wciągają od pierwszego zdania i do końca trzymają w napięciu. Tylko że równie szybko o nich zapomnimy. To literacki pop, ale nie ma w tym określeniu nic złego – takie książki też są potrzebne, a ta jest w swojej klasie znakomita. Świetna lektura, kiedy nie mamy ochoty na nic poważniejszego czy grubszego, i po prostu chcemy się zrelaksować przy dobrej opowieści.

niedziela, 1 listopada 2015

Ekonomia. Instrukcja obsługi

Ostatnimi czasy pada bastion neoklasycznej teorii ekonomii. Po kryzysie roku 2008 coraz więcej osób zauważa, że całkowita wolność nieregulowanego rynku i rządowy leseferyzm wcale nie są remedium na wszelkie zło. Ha-Joon Chang prezentuje nam aż dziewięć różnych szkół, czy też teorii, ekonomicznych i przekonuje, że każda z nich w pewnym sensie ma rację. A raczej: że żadna nie ma.


Po krótkim zdefiniowaniu tego czym chciałaby być, a czym jest, i jaka jest ekonomia, a także zaprezentowaniu owych szkół, autor przechodzi do rozważań o różnych aspektach życia, którymi ekonomia się zajmuje: produkcji, dochodach, konsumpcji, pracy, bezrobociu, handlu zagranicznym, finansach. Najciekawiej jest, gdy obala popularne mity głoszone przez wyznawców jedynej słusznej szkoły, pokazując twarde, zaprzeczające im dane. Okazuje się, że to co działa w przypadku jednego kraju, w konkretnym momencie historycznym i okolicznościach, wcale nie musi być dobrym rozwiązaniem w zupełnie odmiennej sytuacji. Wydawałoby się oczywiste, ale najwyraźniej nie jest.

***

Nieźle się to czyta, chociaż trochę przeszkadza przeładowanie odniesieni do popkultury. Czego tu nie ma! „Autostopem przez Galaktykę”, „The Big Bang Theory”, „Władca Pierścieni”, „Monthy Python”, William Gibson, „Star Trek”, „Gwiezdne Wojny”... Chociaż to w pewnym sensie ujmujące, wydaje mi się, że autora trochę za bardzo poniósł „wewnętrzny geek”, szczególnie że umieszcza on dużo przypisów, tak jakby chcąc mieć pewność, że żaden czytelnik nie przeoczy jego błyskotliwych nawiązań.

Tłumaczenie słabe, ale wydanie ładne
A może uczuciu przesytu i wymuszenia winne jest dość słabe tłumaczenie? Bardzo często słowo w słowo, co skutkuje nienaturalnie brzmiącymi zdaniami, brak w nim jakiejkolwiek literackości. Czasem przydałoby się też przenieść kontekst kulturowy, albo zastąpić obcą metaforę czy powiedzenie polskim odpowiednikiem. 

***

Główna teza książki to że ekonomia jest w gruncie rzeczy prosta, wbrew temu co sugerują nam gadające głowy z telewizora, i każdy z nas może, i powinien, zwracać na nią większą uwagę, nie bać się wyciągać własnych wniosków i mieć własnych opinii. Lektura „...Instrukcji obsługi” jest dobrym ku temu początkiem.